GRZYBOBRANIE!

Grzybobranie …jaki rok, taka frajda z samego zbierania!

Otóż to… Mokre dni za nami, przed nami drugi wysyp grzybów w lasach! Frajda z samego zbierania – nie tylko dla grzybiarzy. Przypominam, mamy rok 2020. Przy obecnych zakazach, nakazach… pozbawienia wszystkich nazywanych dumnie „grzybiarzami” najprzyjemniejszych doznań w lesie podczas grzybobrania, zgłasza poczuciu stojącego jak na zawołanie stróża prawa z mandacikiem przynajmniej 500 zł… przysłowiowe „ręce opadają”. Chyba, że ma się własny lasek?! Tylko, co to za atrakcja? Pięć sosen, świerk, brzoza, …ale czasem dobre i to. Jest pamiątkowe zdjęcie – chociaż zbiór maleńki- jest i zapas na grzybową wigilijną!

A jeszcze czterdzieści lat temu, tak było atrakcyjnie! Budzik dzwonił o trzeciej nad ranem. Za oknem ciemność. Oj, spało by się jeszcze, spało… Koszyki, kalosze, kanapki, peleryna i oczywiście latarka przygotowane. Do lasu tarnowskiego kawałek drogi piechotą było. A niebo zazwyczaj dopiero przecierało oczy. Latarka niezbędna. Trzeba było w lesie być najwcześniej, aby inni nam grzybów nie wyzbierali. Zdarzyło się razu pewnego, że w ogóle zaszliśmy do lasu za wcześnie. Pamiętam, że spoczęliśmy w kręgach betonowych, przy drodze na skraju lasu w oczekiwaniu na dzionek. Wcale się wówczas nie wzbraniałam, aby ten czas poświęcić na zajadanie słodyczy, które mama przygotowała mi na grzybobranie. Bo gdy prowiantu już nie ma, jest wolne miejsce na grzyby. Idziemy. Im dalej w las tym więcej drzew. Grzybów też, tylko żeby nie to schylanie pod każdy krzaczek! Grzybobranie nie obeszło się oczywiście bez krzyczenia, głośnego nawoływania „gdzie jesteś, chodź tu do mnie, bo tutaj jest dużo grzybów” …ktoś z grzybiarzy innej grupy odbijał echem „do mnie chodź na kurki”. Jeszcze wtedy w tarnowskim lesie oprócz borowików, maślaków, podgrzybków, a nawet jadalnych bereł zbierało się też kurki, których podobno już nie ma. Po grzybobraniu, prawdziwa uczta czekała nas w domu. Zawsze był sos do mięsa i zupa grzybowa. Resztę grzybów, wysypanych na cały blat od stołu mama przetwarzała. Najważniejsze były te suszone na nitkach. Super były te marynowane w occie. Czasem były też kiszone. A nawet te pieczone na płycie pieca węglowego, tylko troszeczkę posolone były rewelacyjne.

Na zakończenie trochę inna historia, ale też w temacie grzybobranie. Typowo z dawnych lat. Któż z nas nie pamięta tych pięknych czasów… Otóż oglądam sobie w telewizji niedzielnej doskonały program, nie dość, że w roli głównej z Marcinem Dańcem, to jeszcze wspomina on pierwszy swój przedszkolny występ. W przedstawieniu grał rolę grzyba. Komicznie wspominał jak okręcano go kilkakrotnie materiałem, czyli jak powstawała „noga grzyba”„ a potem nałożono mu na głowę olbrzymi grzybowy kapelusz, którego niestabilność musiał przytrzymywać swoimi rączkami uniesionymi ku górze. O czym wówczas śpiewał zilustrowałam zdjęciem / oczywiście z mojego ogrodu/:

Rosną sobie grzybki w trawie.
I patrzą na świat ciekawie
Co to będzie, co to będzie
Pełno grzybów w trawie wszędzie…

Wracając jeszcze na chwilę do wspomnień o pierwszych życiowych rolach na scenie, ja byłam w Przedszkolu deszczykiem 

– od samej góry głowy przybranym cieniutko pociętymi wstążkami bibuły karbowanej. To dopiero była frajda, szumiało, 

wokół gdy miałam „padać” …pamiętam, że byłam „deszczem dość potrzebnym – jak wynikało z inscenizacji – oczywiście do

 zrobienia ślizgawki zimą, z której wyjątkowo będą cieszyć się dzieci”. Obok mnie stał kolega Jaś – jako bałwan / do 

niedawna spotykaliśmy się jeszcze na ulicach Skały/złośliwie pociągał za wstążkę, odrywając ją od stroju skrzętnie 

zeszytego igłą z nitką. Bałam się, aby mnie „nie zamroził”.

Skoro jednak przed nami dopiero październik 2020 roku, zerkając na komputerowe podpowiedzi pana synoptyka 

grzybowego ruszajmy, więc na trasy. Grzybów życzę pełen kosz!

Tekst i foto Barbara Szwajcowska