WIGILIJNE PSOTY I FIGLE...

Na czas Świąt Bożego Narodzenia, seniorzy – jako najstarsza część naszej lokalnej społeczności – życzą wszystkim z całego serca ciepła rodzinnego i spokoju… niech dobre wspomnienia krzepią te piękne, świąteczne chwile, niech nuty polskich kolęd pocieszają i wspierają… a otuleni zapachem choinkowej gałązki, kiedy przełamiemy biały opłatek, niech on przyniesie nadzieję …



Nie jeden już raz my seniorzy, przeżywaliśmy chwile oczekiwania, przygotowania, chwile przedświątecznych trudności i radości… życie czasem wyposażone było w wiele przyziemnych problemów, z którymi trzeba było się zmierzyć… Dzisiaj nie ma już tamtego świata, a my żyjemy chwilami ulotnych momentów…

Ale watro wspominać! wirus niech nam nie odbiera tej możliwości …chcemy wracać do dawnych wydarzeń z naszego życia i opowiadać jak wyglądały:

Wigilijne psoty i figle na wesoło

Zabrać coś sąsiadowi w wigilijny wieczór- było ważne, gdyż według podań zapewniało szczęście i bogactwo- ale tylko wtedy, gdy się to wróciło następnego dnia” Nie zawsze tak jednak bywało. Zwłaszcza w naszej wsi, skąd gospodarze na pasterkę, jechali saniami kilkanaście kilometrów do odległego kościoła. Kilka godzin gospodarstwo pozostawało bez opieki. Po prostu raj dla psotników. Pewnego, bardzo już odległego roku, była właśnie taka jedna noc!

Wozownia wraz ze stodołą zamykały gospodarcze obejście dziadków od strony pól. Zimą wyjście nie było możliwe. Olbrzymie zaspy śniegu, sięgające czasem dachu czyniły tę część zabudowań wprost „odciętymi od świata”. Nie dla psotników! Odsypanie tunelu w śniegu od strony wozowni nie stanowiło dla nich żadnego problemu. A więc do dzieła chłopcy! krzyknęło pięciu młodych chłopaków. Misternie zrobione z kawałków desek „łopaty” poszły w ruch. Szeroko oczyszczony śniegowy tunel, pokonane wrota, odsłoniły obiekt wigilijnej psoty. Wóz drabiniasty, konny. Stał jakby przygotowany… Trzeba wypychać! I w pole… pchamy do pobliskiego margla…/ tak nazywano olbrzymia wyrwę po wojennym wybuchu, wypełnioną latem wodą/. Jak zepchniemy trochę z górki, to za brzegiem wóz na pewno nie będzie widoczny!

Chłopcy jak wymyślili, tak zrobili. Margiel skuty był lodem. Droga do niego dostępna, szeroka, wszak śnieg dookoła. Latem widoczna była droga, która prowadziła do niego tylko z jednej strony, gdyż każdego wieczora gospodynie przychodziły tutaj z krowami na „wieczorne pojenie”. Wigilijny figiel tej nocy, miał być w miarę „przyzwoity”. Zdarzało się bowiem, że grupa młodzieńców, przemieszczała wóz z wozowni nawet czasem na dach stodoły. Trzymał się tam doskonale, bo przecież pokrycie było słomiane. A ile było śmiechu… i złości rankiem. Nasi chłopcy zaplanowali, by jedynie wyprowadzić wóz z wozowni w niewidoczne miejsce. Ale los spłatał im wigilijnego, dodatkowego figla. Stromo opadająca skarpa do margla, wspaniała sanna na polach, w żaden sposób nie pozwoliła zatrzymać na jej początku, pchanego wozu. Wysiłki poszły na nic. Wóz swoim ciężarem stoczył się w dół i po lodzie, poślizgiem dotarł do samego środka margla. Aleśmy narozrabiali- powiedział ze strachem jeden z chłopców. Kto ten wóz ze środka przyciągnie? Przecież to strach wchodzić dalej, aby kra nie pękła pod naszym ciężarem, A jak zostanie tam do wiosny? A jak roztopi się lód i wóz pójdzie na dno? Więcej pytań, niż odpowiedzi. A czas naglił. Trzeba było wracać i zamknąć drzwi do wozowni. A potem do domów.

Tragicznie wyglądająca – dla chłopców – dwugodzinna „psotna” wyprawa owej nocy oraz szczęśliwe jej zakończenie dopiero po wielu latach stało się kulminacyjnym punktem wigilijnych opowieści babci. Dziadziuś niechętnie powracał do chwil wiosennego „połowu” wozu, chociaż też humoru mu nie brakowało. I nigdy o wigilijne psoty podobno się nie obrażał, bo jak twierdził „on też kiedyś był młody, a domu z ładną panną nie mijał!”.

Z kroniki rodzinnej Barbary Szwajcowskiej